Zgubić Dziecko…

Święta Bożego Narodzenia za pasem. Robi się coraz bardziej nerwowo. Chcemy zdążyć na czas pozałatwiać wiele różnych spraw. Jeszcze ubrać choinkę – a może najpierw dokupić świecidełka, bo te zeszłoroczne już nie działają? Może kolejne bombki czy ozdoby? – z rzadka dziś wykonujemy je sami lub pozwalamy naszym małym pociechom zrobić kolorowy łańcuch, aniołka, czy inne elementy odświętnie wystrojonego drzewka.

Najczęściej narzekamy na brak czasu. Towarzyszy nam jednak wiele różnych tradycji wyniesionych z domu. Oprócz choinki, świątecznych stroików i innych elementów, które zmieniają mniej lub bardziej nasz domowy krajobraz, na pewno punktem kulminacyjnym jest Wigilia – 24 grudnia, która dla wielu osób jest co prawda dniem pracującym, ale mnóstwo rodzin właśnie tego późnego popołudnia lub z wieczora gromadzi się wokół stołu, często nakrytego świątecznym lub białym obrusem. Gdzieniegdzie pod obrusem pojawia się sianko – najczęściej jednak już tylko symbolicznie, w foliowym woreczku. Kładzione są monety pod talerzem (symbol dobrobytu materialnego) lub ukrywane w pierogach, gwarantując dobrobyt szczęśliwemu znalazcy, o ile przez nierozwagę, pośpiech czy zachłanność, nie wylądują w żołądku 🙂 Pojawia się również czosnek na rogach stołu – symbol zdrowia. Potrawy, ich ilość czy rodzaj, zależne są nie tylko od zasobności naszych kieszeni, ale tradycji naszych mam i babć. Te wszystkie tradycje wymieszały się w społecznym tyglu, dając nam ogromne bogactwo kulturowe, które chętnie kultywujemy.

Nierzadko to pierwsza gwiazda wypatrywana przez najmłodszych domowników, biały opłatek lub/i zapalana wigilijna świeca, rozpoczynają ten wyjątkowy wieczór. Składamy sobie życzenia, wymieniamy serdeczności, nawet zwaśnieni na co dzień, potrafimy dokonać kilku pojednawczych gestów. W ilu domach śpiewa się kolędy, pastorałki i świąteczne pieśni lub chociaż puszcza je w z płyty, w telewizorze zamiast kolejnego odcinka serialu czy familijnego filmu? Nieodłącznym elementem tych zimowych świąt są prezenty. Zanim skrzętnie spakowane wylądują pod choinką, robimy zakupy – wpadamy wręcz w szał zakupów. Oprócz prezentów trzeba jeszcze zadbać o jedzenie, wiele innych mniejszych lub większych drobiazgów, do czego zachęcają nas sklepy i markety ponad miesiąc wcześniej – w polskich realiach zaraz po Wszystkich Świętych, a czasem znacznie wcześniej. Promocje, „Czarny Piątek”, wyprzedaże, ściemy marketingowe, chwyty sprzedażowe, psychomanipulacje, nie tylko drenują nasze kieszenie, ale nadto – mam wrażenie – lasują nam mózgi, a my, zamiast planowanych 3-4 rzeczy, które chcieliśmy kupić, wyjeżdżamy z pełnym wózkiem, zastanawiając się potem w domu: po co kupiłem to, czy tamto – bo było w promocji, nawet jeśli zapłaciłem za to więcej niż zwykle i dałem się tylko złapać na przekreśloną cenę lub „magiczne” słowo PROMOCJA.

Magia, magia świąt, magiczne święta – koniecznie ze śniegiem, bo bez śniegu te zimowe święta, to nie święta. Tylko nie za dużo i żeby piaskarki najlepiej wyczekiwały gdzieś w krzakach, czy na każdym zakręcie ZANIM spadnie pierwszy płatek, bo przecież to, że zasypało, oblodziło i nie sposób przejechać, to skandal w XXI wieku. Co z tego, że jesteśmy w górach, że przy zmiennych realiach pogodowych NIE DA SIĘ od razu i wszędzie – nawet jakbyśmy potroili budżet na te działania. Irytujemy się, gdy jest upalnie, wkurzamy się, gdy zimno… nakręcamy się sami tą spiralą przedświątecznej nerwówki, aby potem ze spokojem (?) zasiąść w rodzinnym gronie. Robimy setki różnych rzeczy, które mają nam pomóc lepiej przeżyć te święta. Coraz więcej wydajemy, coraz bardziej się staramy, z coraz większym pośpiechem, a zamknięty sklep w niedzielę, to dla niejednej osoby niemalże apokaliptyczny Armagedon…

Dzieci piszą listy do Mikołaja, rozpasanego krasnala, wykreowanego przez znaną na całym świecie markę czarnego napoju gazowanego. Dziś już nie wystarczą maluchom zabawki, czy słodycze, bo lepszy jest smartfon, tablet, komputer i inne zabijacze czasu, więzi rodzinnych – „producenci” aspołecznych zachowań. Święty Mikołaj, biskup, przeszedł do lamusa i tylko w kościołach możemy jeszcze zobaczyć jego prawdziwe oblicze.

Wysyłamy sobie życzenia, coraz rzadziej pocztą tradycyjną, a coraz częściej SMS-em, czy e-mailem, używając coraz mniej wybrednych słów, a nawet nie boimy się już w ramach życzeń zacytować rymowane wulgary…

TYLE TEGO WSZYSTKIEGO, tak mało czasu, wciąż za mało pieniędzy, żeby zaspokoić wszystkie „potrzeby”… a przecież tak wiele dzieci i dorosłych na świecie marzy o kromce chleba, o ciepłym kącie, o tym, żeby przeżyć do jutra, pokonać strach, lęk, niemoc, prawdziwą biedę, głód, chorobę, śmierć… Odrzucamy precz te czarne myśli!

Nie sposób to wszystko ogarnąć. Czy jednak w tym szaleństwie nie zapominamy jeszcze o czymś ważniejszym? Nie zgubiliśmy Kogoś? Kiedy zgubi nam się w tłumie nasze ukochane dziecko, wpadamy w panikę, szukamy natychmiast, wołamy, krzyczymy, wskoczymy bez namysłu w ogień i do lodowatej wody, kiedy tylko poczujemy zagrożenie, które może nasze dziecko dotknąć… – to naturalne.

Boże Narodzenie, to święto – jak sama nazwa wskazuje – narodzenia Boga, narodzenia Bożej Dzieciny, najbardziej wyjątkowego Dziecka w historii świata. Wydarzenie bez precedensu, które nastąpiło ponad 2000 lat temu. To Dziecko – wydawałoby się, tak wyjątkowe dla wszystkich chrześcijan, a wśród nich katolików, którzy odwiedzają chętnie popularne w Polsce stajenki i żłóbki – mam wrażenie, że się gdzieś zagubiło… w świadomości, w pamięci, w codziennych przygotowaniach do tych świąt, a nawet już podczas ich trwania. To oczywiste, że osoby niewierzące asymilują część tych tradycji. Rozumiem, że dla tych osób, te wszystkie symbole, tradycje i działania mogą się obyć bez tego Dziecka. Dlaczego jednak nikt nie panikuje, nie woła i nie krzyczy, nie szuka Dziecka, zwanego Jezus, zagubionego w promocjach, konsumpcjonizmie, globalizmie i całej tej zwariowanej niepotrzebnej otoczce? Fakt, może część osób wpadnie na pasterkę… ale nawet niejeden ksiądz mówi dzisiaj częściej o naszej codzienności, problemach i zagrożeniach, a coraz rzadziej o Nim! Nawet kartki świąteczne coraz rzadziej przedstawiają Świętą Rodzinę – ale bałwanek, ozdoby, są w dobrym tonie. Byleby iść z „postępem czasu”, nikogo nie urazić.

Poszukajmy Jezusa. W nas samych, w naszych bliskich, w potrzebujących, w Eucharystii… Kiedy go odnajdziemy, wtedy te święta staną się dla nas naprawdę wyjątkowe. Będziemy szczęśliwi – mimo łez i bólu, a cała ta szalona bieganina będzie tylko marginesem. Nic nie przesłoni nam tego Dziecka, które kocha nas najbardziej. Trzymajmy je mocno za rękę i nie pozwólmy, żeby znowu się gdzieś zagubiło, czego sobie i wszystkim Czytelnikom życzę.

Kiedy dziecko się rodzi i na świat przychodzi
Jest jak Bóg, co powietrzem nagle się zakrztusił
I poczuł, że ma ciało, że w ciemnościach brodzi
Że boi się człowiekiem być. I że być musi
Wokół radość. Kolędy szeleszczące złotko
Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego
I śmiech matki – bo dziecko przeciąga się słodko
A ono się układa do krzyża swojego

(Ernest Bryll)

Dawid Sarysz

Str. 6 w numerze 360 tygodnika „Noworudzianin” dostępnym w archiwum.




Numer 360
21 grudnia 2018 r. –
– 3 stycznia 2019 r.

Pobierz tutaj (pdf)

Dodaj komentarz