Ocalić od zapomnienia – 80 rocznica deportacji na Sybir

W mroźną i śnieżną noc, 10 lutego 1940 roku o północy, gdy wszyscy już spali, żołnierze sowieccy wtargnęli nagle do wsi razem z zajadle szczekającymi psami. Słychać było głośne wydawanie rozkazów, popędzanie ludzi, a przerażani Polacy szybko zrywali się z łóżek. Nikt nie przypuszczał, że tej nocy, jak grom z jasnego nieba spadnie na nas nieszczęście, które dopiero miało się zacząć. Sowieci otoczyli domy i kolbami głośno stukali do drzwi. Okropny hałas i łomot powstał w całej wsi, a raz po raz pojedyncze strzały przyprawiały o strach i uciszały przeważnie zażarcie szczekające psy gospodarzy

Taki był początek deportacji Polaków. W sumie w czterech deportacjach zesłano około 330-340 tysięcy osób: kobiet, dzieci, starców i mężczyzn – bez wyjątku. Związek Sybiraków podaje, że wraz z deportacjami w latach 1944-1956 wywieziono łącznie 1 milion 350 tysięcy osób.

Decyzję o deportacji wydała 5 grudnia 1939 roku Rada Komisarzy Ludowych. Przez kolejne dwa miesiące trwały przygotowania do jej przeprowadzenia – sporządzano listy i prowadzono „rozeznanie terenu”. Przebieg wywózki 10 lutego 1940 r. nadzorował osobiście Wsiewołod Mierkułow, zastępca szefa NKWD Ławrientija Berii. Polacy stanowili w tym kontyngencie 70% wywożonych. Pozostałe 30% stanowiła ludność białoruska i ukraińska. Wywożono przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Z całymi rodzinami. Tajne rosyjskie raporty podają, że deportowano wówczas ok. 140 tysięcy osób.

Deportacja przeprowadzona przez NKWD 10 lutego 1940 r. odbywała się w straszliwych warunkach, które dla wielu były wyrokiem śmierci. Temperatura nierzadko dochodziła do minus 40 stopni Celsjusza. Na spakowanie się dawano wywożonym od kilkunastu do kilkudziesięciu minut, ale bywało i tak, że nie pozwalano za-brać ze sobą niczego. Zesłańców czekała najpierw długa, nawet kilkutygodniowa, mordercza podróż w strasznych warunkach w wagonach towarowych z zakratowanymi oknami, do których ładowano po 50 osób i więcej. Wielu starców, chorych i dzieci nie dojechało na miejsce w Komi ASRR, w północnych obwodach RFSRR: archangielskim, czelabińskim, czkałowskim, gorkowskim, irkuckim, iwanowskim, jarosławskim, kirowskim, mokotowskim, nowosybirskim, omskim, swierdłowskim i wołgogradzkim, w Jakuckiej i Baszkirskiej ASRR oraz Kraju Krajsnojarskim i Ałtajskim. Wysiedlony kontyngent określano mianem „spiecpieresielency – osadniki”. Ludzie umierali z zimna, głodu i wyczerpania. Cały transport był obstawiony gęstym kordonem przez żołnierzy sowieckich i milicjantów ukraińskich, a nadzór nad całością pełnili enkawudziści, aby nikt nie uciekł z transportu.

Już na miejscu życie w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych, praca ponad siły przy wyrębie lasów było katorgą. Warunki niemal łagrowe i dyscyplina pracy deportowanej ludności sprawiły, że śmiertelność tego kontyngentu była najwyższa i wyniosła już w pierwszych miesiącach zesłania około 3-4%.

Milicja i NKWD-iści, wśród wrzasków i przekleństw, kolbami karabinów dobijali się do polskich mieszkań. Nawet bydło i konie nie wytrzymywały tego przerażającego wrzasku i żałosnego wołania o pomoc.

Kolejne deportacje obywateli polskich przeprowadzono w kwietniu i czerwcu 1940 r. Ostatnią rozpoczęto w przededniu wojny niemiecko-sowieckiej pod koniec maja 1941 r. Ich celem była eksterminacja elit oraz ogółu świadomej narodowo ludności polskiej. Miały rozbić społeczną strukturę, dostarczając jednocześnie totalitarne-mu sowieckiemu imperium siły roboczej.
– Pomimo upływu lat, nie udało mi się wybaczyć naszym oprawcom. Nigdy nie wróciliśmy na tereny, które wcześniej były nasze. Osiedliliśmy się na Ziemiach Odzyskanych i tak trafiliśmy do Nowej Rudy – podsumo-wuje Irena Dąbek, prezes Noworudzkiego Koła Związku Sybiraków.

Trudno się dziwić, że traumatyczne przeżycia niejednej nieprzespanej, przerażającej nocy i wielu okropnych dni nie pozwalają na zabliźnienie ran żalu, smutku, nierzadko rozpaczy. Jedynym lekarstwem, które może nie leczy, ale choć trochę uśmierza ten przenikający duszę i ciało ból, jest nasza pamięć. Pamięć o tamtych czasach, o przeżyciach, a przede wszystkim o ludziach – naocznych świadkach tych nieprawdopodobnych dni. Pamięć, szczególnie dziś tak ważna, kiedy coraz więcej osób próbuje zmieniać historię, układać ją na nowo, wybielając zapisane krwią karty oprawców i czyniąc ich ofiary winnymi zbrodni dokonanych przez katów. Nie możemy pozwolić na zapomnienie.

Cytat z amerykańskiego filozofa Georga Santayany widniejący w Auschwitz „Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie” nawołuje nas wszystkich, nowe pokolenia, do pamiętania o losach nie tylko Żydów ale również Polaków, nie tylko nazistowskich ofiar ale również ukraińskich banderowców jak i sowieckich morderców w Katyniu, Charkowie i innych, a także tych siłą wywleczonych z własnych domów i wywiezionych na tę nieludzką ziemię, z których wielu pozostało tam na zawsze. Teraz dzięki tym nielicznym pozostałym możemy się dowiedzieć jak było naprawdę i tylko od nas zależy co będzie, kiedy ostatni głos sybirskiego świadka zamilknie. Czy zdołamy ocalić pamięć, czy skażemy się na powtórkę z tej okrutnej historii?

Str. 14-15 w numerze 414 tygodnika „Noworudzianin” dostępnym w archiwum.




Numer 414
7-13 lutego 2020 r.

Pobierz tutaj (pdf)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *