Pytania bez odpowiedzi: Gdzie my żyjemy?

To miał być leniwy, spokojny wieczór. Planowałem zredagować rozmowę z niezwykle zasłużonym piłkarzem Piasta i przesłać Michałowi do konsultacji. Na blogu poświęconemu historii naszego klubu wystartowaliśmy z wysokiego C i wypadałoby utrzymać obowiązujące standardy wobec Kibiców.
Przewidywałem ponadto rozmowę z Ryszardem Rosiakiem, relację z pobytu w Chorzowie i Jastrzębiu, oraz wypytanie Pana Trenera (chyba już po raz setny) o przebieg barażowej rywalizacji z Jastrzębiem.
Zaparzyłem kawę, włączyłem telewizor by obejrzeć jeden z programów informacyjnych i w jednej chwili moje doskonałe samopoczucie… ulotniło się. Cały misterny plan… No właśnie.
Nie lubię polityki. Nie sympatyzuję z żadną partią. Będąc absolwentem politologii nie powinienem chyba specjalnie się z tym obnosić, spektrum mego zainteresowania stanowią jednak inne dziedziny życia.
Piłka nożna, literatura, Korea Północna czy polski punk rock są mi zdecydowanie bliższe.
W „Roku 1984’’, jednej z mych najulubieńszych powieści, George Orwell opisał tak zwane dwie minuty nienawiści.
W skrócie – podczas rzeczonych 120 sekund, na ekranach pojawiała się postać znienawidzonego Emmannuela Goldsteina. W tym czasie ludzie pluli na ekrany, rzucali przedmiotami, krzyczeli. Następnie pojawiała się postać Wielkiego Brata, który uspokajał wzburzonych telewidzów.
Skąd ta (nie pierwsza, jak okaże się w tekście), analogia?
Czas spędzony przed telewizorem podczas oglądania jednego z programów, określiłbym mianem trzydziestu minut nienawiści. Wybrańcy narodu z ulicy Wiejskiej zaprezentowali zachowania urągające postawie parlamentarzystów. Plugawy język, buta, knajactwo… Apoteoza prymitywizmu.
Mój Boże, czy to w istocie jest dorobek wciąż relatywnie młodej, polskiej demokracji?
Gdzie my żyjemy?
Pytania bez odpowiedzi.
Przyznać muszę, że po raz ostatni podobny niesmak czułem w roku 2006.
Mieszkałem wówczas w Hiszpanii, a tamtejsze media z lubością przekazywały kolejne wieści z tak zwanej seksafery z posłami Samoobrony w rolach głównych…
Nie bez kozery wspomniałem o sympatii do muzyki punk-rockowej. Nie są to oczywiście Himalaje muzyki.
Okazuje się jednak, że niektóre teksty zawarte w utworach sprzed lat dwudziestu i więcej doskonale oddają klimat polskiej sceny politycznej.
Przykłady? Proszę bardzo.
Wałbrzyski Defekt Muzgó, kapela mego dzieciństwa, śpiewał swego czasu tak:
„– Polityka, wielka polityka, mali ludzie nią manipulują (…)”.
Gwoli wyjaśnienia – absolutnie nie mam na uwadze wzrostu poszczególnych polityków.
W podobnym tonie utrzymany był utwór – „My Polacy”:
„– To właśnie my, to Polacy, to ja i Ty. Chyba tylko wojny czas może znów połączyć nas …”.
Widzimy analogię? Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Czytelnicy „Noworudzianina”, to naród obiektywny.
Jak u Kurta Vonneguta w „Kociej kołysce”:
„– Widzi Pan kołyskę, widzi Pan kota?”
Przeraża niestety fakt, że przytoczone przykłady są aż tak uniwersalne.
Muzycy z Wałbrzycha zapewne nie spodziewali się, że ich prosty z pozoru przekaz znajdzie zastosowanie wśród przyszłych pokoleń.
Czasem zastanawiam się, co czują prześladowani w okresie stanu wojennego ludzie, widząc standardy obowiązujące w rodzimej polityce? Co czują osoby prześladowane przez ubiegły system?
Czy obejrzenie dowolnego programu informacyjnego musi oznaczać frustrację i złość przeciętnego obywatela na wieść o kolejnych aferach?
W tym miejscu kłaniają się Strachy na Lachy, twór z Poznania:
„– Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w …”.
Z ogromnym niesmakiem wyłączyłem telewizor.
Należę do osób dość impulsywnych, postanowiłem więc, że wiadomości z szeroko pojętej sfery życia społecznego czerpał będę z Internetu.
O wiele większą frajdę sprawia mi oglądanie archiwalnych odcinków „Dziennika Telewizyjnego”, gdzie bywa i straszno, i śmieszno…
A już zupełnie na koniec – fragment jednego z utworów grupy Dezerter, dedykowany soli ziemi naszej, politykom:
„– Jeżeli tak bardzo chcesz zmieniać świat, to nie zapomnij zacząć od siebie …”.
Spokojnego weekendu.


Sebastian Piątkowski

Udostępnij na: