Telefony, telefony…


Kończyła mi się umowa na usługi w pewnej sieci i co za tym idzie pomyślałem o jej przedłużeniu… Przed dwoma laty podkusił mnie sam diabeł, by zaaprobować abonament w wysokości 80 złotych miesięcznie. Do dziś zachodzę w głowę, jakie czynniki zadecydowały o tym, że podpisałem ten swoisty cyrograf?
Jak wspomniałem, byłem na finiszu umowy, nie dziwota więc, że przedstawiciele różnorakich operatorów sieci komórkowych przedstawiali mi swoje propozycje. Od niemal dziesięciu lat wykazuję się lojalnością wobec sieci, której entuzjastami są między innymi polscy siatkarze. Towarzystwo doborowe i nobilitujące, biorąc pod uwagę mój dość mizerny wzrost, obecność tytanów sportu (dosłownie i w przenośni) niejako podnosi moje ego.
W połowie października zadzwonił do mnie pan, który, jak się okazało, reprezentował siatkarzy i spółkę. Zaproponował mi on obniżenie kosztów do 54 złotych, nowy telefon oraz bezlik rozmów i sms-ów do innych sieci. Zrazu, owa oferta wydała mi się odrobinę podejrzana, mój rozmówca zatelefonował bowiem w sobotę około godziny 22.00, wkrótce jednak dobiliśmy targu. Przy okazji zostałem poinformowany, iż nie powinienem brać pod uwagę ofert płynących bezpośrednio z salonu firmy w moim mieście, gdyż pracujące w nim osoby zrobią wszystko, bym wywiązał się z warunków umowy i dokonał wszystkich, 24 doładowań. Ponadto, niezwykle cenną informacją była z kolei możliwość znacznego obniżenia abonamentu z racji posiadania tabletu w sieci siatkarzy. ”– Za dwa dni kurier dostarczy panu umowę wraz z nowym smartfonem” – tymi słowami reprezentant przedsiębiorstwa zakończył dość miłą pogawędkę.
Minęło dni kilka. Kuriera ni widu, ni słychu. Zaniepokojony przedłużającym się finałem sprawy postanowiłem zatelefonować do biura obsługi. Tym razem miałem okazję wymienić poglądy z kobietą, która po wysłuchaniu mego punktu widzenia i w mej opinii – sfinalizowanej transakcji – ­stwierdziła, iż… komputerowy system nie pozwala na ostateczne porozumienie. Puentą rozmowy była doskonale znane wszystkim formułka: „Gdy się coś wyjaśni, na pewno zadzwonimy”. Wobec braku odzewu połączenie wykonałem ja. Raz, drugi, ­piąty…
Tylko 4 listopada czterokrotnie podejmowałem próbę kontaktu, w różnych odstępach czasowych. By uzyskać jakiekolwiek wieści w nużącej mnie z wolna sprawie, postanowiłem odwiedzić więc salon operatora sieci, usytuowany na jednej z bardziej ruchliwych ulic mojej „małej ojczyzny”. Nie do końca uprzejma pani kierownik, tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła mi, że porozumienie nie może zostać zrealizowane. Innymi słowy, może ona zaproponować mi przedłużenie umowy na dotychczasowych warunkach (80 zł), gdyż zniżka na usługi… obowiązuje już podczas korzystania z tabletu. Na mą nieśmiałą sugestię, że w rozmowie telefonicznej przedstawiono mi wersję dokładnie odwrotną, niewzruszona pani oznajmiła mi wprost: „Trzeba było z nimi nie rozmawiać, najpierw przychodzi się do nas”.
Przyznać muszę, iż zaledwie 5-6 razy w życiu doświadczyłem sytuacji, gdy kompletnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć i jak zareagować. To był jeden z tych momentów.
Skonsternowany opuściłem niezbyt przychylne mi miejsce i korzystając z okazji odwiedziłem konkurencję. Ku memu zdziwieniu, w przeciągu kwadransa osiągnęliśmy consensus i zupełnie bez znaczenia był fakt, iż od siatkówki zdecydowanie wolę skoki narciarskie…
Sebastian Piątkowski

Numer 264 tygodnika “Noworudzianin” dostępny w archiwum.



Numer 264
20-26. stycznia 2017 r.

Pobierz tutaj (pdf)

Dodaj komentarz